Kiedy byłam mała miałam włosy do pasa. Pod koniec podstawówki ścięłam włosy za brodę. W pierwszej klasie gimnazjum znowu zapragnęłam mieć długie włosy, więc zaczęło się mozolne zapuszczanie. Już w pierwszej liceum moje włosy znów sięgały pasa i jest tak aż do teraz (w październiku zaczynam drugi rok studiów). Mam już upragnioną długość włosów, więc teraz mogę narzekać znów na coś innego. Na co? A na to, że się plączą w sekundę po rozczesaniu, że suche, że końcówki rozdwojone... Ale, ale... Znalazłam sposób chociaż na jeden z licznych problemów! Szczotka Tangle Teezer będzie dziś bohaterką tej notki.
Kilka lat temu dostałam od cioci fryzjerki szczotkę do włosów, nie wiem jak się nazywa (ale znalazłam w googlach jej zdjęcie), ale byłam z niej bardzo zadowolona. Teraz już się nieco zużyła i zaczęła mnie niesamowicie targać, więc zapragnęłam jakiejś nowej. Oczywiście moją uwagę zwróciła słynna szczotka Tangle Teezer. Obejrzałam kilka recenzji na YouTube, poczytałam o niej trochę w sieci i postanowiłam ją zakupić.
Znalazłam ją na stronie merlin.pl (>>dokładny link<< ). Zapłaciłam za nią około 31 złotych razem z przesyłką (do Paczkomatu). Paczka dotarła w ciągu 4 dni, zamawiałam bodajże w czwartek, przyszła w poniedziałek.
Szczotka jest rewelacyjna. Dobrze leży w dłoni, z łatwością rozczesuje włosy, nie drapie głowy (niektóre szczotki, którymi się czesałam sprawiały wrażenie krwiożerczego potwora pragnącego zatopić kły w mojej czaszce), ładnie wygląda, jest mała, więc z łatwością mieści się nawet w bardzo małej torebce. Myślałam, że problemem może okazać się fakt, iż szczotka nie ma uchwytu, ale nie przeszkadza to w użytkowaniu :) Gorąco polecam ją wszystkim! Zarówno tym, którzy mają problem z rozczesywaniem włosów, a także i tym, którzy nie mają tego problemu.
